Trzy godziny. Sześćdziesiąt kilometrów. We wtorki i czwartki.
Mogłam go zapytać wprost. Mogłam urządzić scenę, rzucać talerzami, krzyczeć. Ale ja miałam pięćdziesiąt cztery lata i za dużo widziałam przy swoich fotelach fryzjerskich. Wiedziałam, jak wyglądają kłamstwa – klientki opowiadały mi swoje historie, jedne płacząc, inne ze śmiechem, jeszcze inne z kamienną twarzą. Wiedziałam jedno – że kto kłamie raz, skłamie i drugi, i trzeci. I że pytanie wprost da mi tylko lepsze kłamstwo.
Więc nie pytałam. Obserwowałam.
Grzegorz zaczął pachnąć inaczej. Nie perfumami – to byłoby zbyt proste. Pachnął świeżością. Wracał o dziewiętnastej, a jego koszula pachniała, jakby dopiero ją włożył. Któregoś wieczoru znalazłam w kieszeni paragon ze stacji benzynowej w Puławach. Puławy – pięćdziesiąt kilometrów od Lublina w jedną stronę.
Pasowało. Wszystko pasowało.
Najgorsze nie było odkrycie. Najgorsze było to powolne układanie puzzli, kawałek po kawałku, wieczór po wieczorze. Ta cisza przy kolacji, kiedy Grzegorz opowiadał o swoim dniu – o paletach, dostawach, o Zbyszku ze zmiany, który znowu się spóźnił – a ja słuchałam i myślałam: kłamiesz. Kłamiesz mi, patrząc w oczy, jedząc moje kotlety, siedząc na kanapie, którą razem wybraliśmy w Agata Meble osiem lat temu.
Pewnego czwartku pojechałam za nim. Zamknęłam salon wcześniej, poprosiłam Kasię, żeby doprowadziła ostatnią klientkę. Wsiadłam w swojego fiata i czekałam pod hurtownią. O szesnastej Grzegorz wyszedł, wsiadł do passata i pojechał. Nie w stronę domu. W stronę obwodnicy.
Jechałam za nim przez dwadzieścia minut, trzymając trzy samochody dystansu. Serce mi waliło tak, że musiałam ściszyć radio, bo nie słyszałam własnych myśli. Zjechał z głównej drogi za Kurowem. Skręcił w boczną uliczkę osiedla domków jednorodzinnych. Zaparkował pod żółtym domem z niskim płotkiem i kwitnącymi piwoniami.