Nie wysiadłam. Siedziałam w aucie za rogiem i patrzyłam, jak otwierają mu się drzwi. Kobieta – mniej więcej w moim wieku, ciemne włosy do ramion, w kwiecistej bluzce. Uśmiechnęła się do niego. On wszedł do środka, a drzwi się zamknęły.
Siedziałam tam może dwadzieścia minut. Może godzinę. Nie wiem. Liczyłam piwonie w ogródku – było ich jedenaście. Patrzyłam na firanki w oknach, na rower oparty o ścianę garażu, na miskę z wodą przy wejściu – pewnie dla kota albo psa. Normalne życie. Drugie normalne życie mojego męża.
Wróciłam do Lublina przed nim. Umyłam twarz, podgrzałam zupę. Kiedy wszedł o dziewiętnastej i powiedział, że Zbyszek znowu narobił bałaganu z zamówieniem, pokiwałam głową. Nalałam mu zupy. Usiadłam naprzeciwko.