Nie zapytałam. Jeszcze nie.
Potrzebowałam tygodnia. Siedmiu dni, żeby poukładać nie fakty – bo fakty już miałam – ale siebie. Dwadzieścia sześć lat. Dwie córki. Wspólny kredyt spłacony pięć lat temu. Wakacje w Juracie. Sylwester u Staszków. Wigilie z tłuczonym makiem i kłótnią o ilość siana pod obrusem.
W następny wtorek położyłam zeszycik na kuchennym stole. Otwarty na stronie z kolumnami cyfr. Stan licznika, data, różnica. Obok paragon z Puław.
Grzegorz wrócił, zobaczył i stanął w drzwiach kuchni. Nie powiedział ani słowa. Ja też nie. Cisza trwała może minutę, może dłużej – wystarczająco długo, żebym usłyszała, jak kapie kran, którego od roku nie mógł naprawić.
– Jak długo? – zapytałam w końcu.
Usiadł naprzeciwko. Nie kłamał. Może nie miał już siły, a może widział, że nie ma sensu. Powiedział – cztery lata. Poznał ją w hurtowni, zamawiała materiały na remont domu po rozwodzie. Zaczęło się od pomocy, od podwożenia płytek, od kawy.
Cztery lata. Patrycja w tym czasie obroniła magistra. Marta zmieniła pracę. Ja pomalowałam salon na nowo i kupiłam trzeci fotel. Cztery lata normalnego życia, pod którym było drugie, ukryte życie.