Nie krzyczałam. Nie płakałam – przynajmniej nie przy nim. Zapytałam tylko, czy ją kocha. Grzegorz patrzył w blat stołu i powiedział cicho, że nie wie. Że to co innego. Że ze mną jest dom, jest życie, jest wszystko, a tam jest – urwał i nie dokończył.
– Spokój? – podpowiedziałam. – Tam jest spokój, bo nie musisz udawać, że kran naprawisz jutro?
Nie odpowiedział.
To było trzy miesiące temu. Grzegorz śpi teraz w pokoju Patrycji, na wersalce, która skrzypi przy każdym obrocie. Nie wyprowadził się, nie wyprosiłam go. Nie podjęliśmy żadnej wielkiej decyzji. Córki nie wiedzą – a może wiedzą, bo Marta dzwoni częściej niż zwykle i pyta, czy u nas wszystko dobrze.
Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że tamtego wtorku, kiedy Zenek spojrzał na licznik z zakłopotaniem, skończyło się jedno życie, a drugie jeszcze się nie zaczęło.
I że od tamtej pory nie umiem patrzeć na samochody na parkingu bez liczenia, ile kilometrów dzieli prawdę od kłamstwa.